ludzie
Ludzie, społeczeństwo
One Laptop Per Child
Od pewnego czasu po internecie krążą wiadomości na temat projektu One Laptop Per Child
, stawiającego sobie za cel wyposażenie każdego dziecka z najbiedniejszych krajów świata w laptop, skonstruowany specjalnie dla potrzeb projektu. Oczami wyobraźni widzę już uśmiech na twarzach podnieconych internautów, geeków i innych czytelników o niezdrowych koputerowych skłonnościach. “Czyż świat nie byłby idealny, gdyby każdy, nawet biedne dziecko z Kenii, posiadał swój własny, jasnozielony i radosny komputer?” – pytają sami siebie i odpowiadają twierdząco (tak myślę).
Pobudzanie kreatywności, możliwość współpracy, dostęp do wiedzy i wiele innych tego typu idej ciśnie się na usta. Chwileczkę, czy nie upraszczamy trochę świata? Czy konstruktorzy tego zielonego cudeńka naprawdę wierzą, że każde biedne dziecko (podkreślam: dziecko) potrzebuje komputera? Czy wierzą, że naprawdę przyczyni się to do ich rozwoju w poniższych dziedzinach (cytat ze strony projektu):
***
Często można się spotkać z takim zdaniem: “Nie nadałem nazwy swojemu dziełu i bronię się przed nadawaniem mu jej, ponieważ to…”. I tu następuje jeden z poniższych powodów:
- ograniczyłoby jego wymowę
- zaburzyło jego postrzeganie
- zbanalizowałoby treść
- coś ucięło, wycięło, odcięło
Niech mi czytelnicy wybaczą truizm, ale nazwa z samej swej natury jest mniej pojemna od treści dzieła. Jeśli tak, to nie może go ograniczyć.
Jedynym zagrożeniem może być ignorancja odbiorcy, który zadowoli się samą nazwą i nie zapozna się z resztą, ale czy o takiego warto zabiegać?
Kopiąc w sieci
Wczoraj ukazał się w Wired bardzo ciekawy artykuł twórcy Blowfish, Bruce'a Schneiera na temat tzw. data mining czyli przechwytywania i analizowania dużej liczby danych krążących m.in. w internecie, które miałoby prowadzić do namierzania potencjalnych sprawców aktów terrorystycznych: Why Data Mining Won't Stop Terror.
Schneier podnosi ważną kwestię kompromisu między poziomem zabezpieczeń a prywatnością - uważa mianowicie, że dziś nie poświęca się prywatności w zamian za bezpieczeństwo, ale w zamian za nic (zapewne ma na myśli głównie USA). Dowodzi, że nawet niewyobrażalnie dokładny system przeznaczony do data mining i tak generowałby niewiarygodną ilość fałszywych alarmów, powodując zamieszanie i pożerając ogromne fundusze konieczne do sprawdzenia owych alarmów.
Prywatność czy bezpieczeństwo
Uregulowania prawne dotyczące internetu coraz ściślej opisują zasady poruszania się w cyberprzestrzeni. Niektórzy się cieszą, bo mniej niejasności, a inni sądzą, że im mniej państwo czy Wspólnota Europejska angażują się w działanie internetu, tym lepiej. Jak powiedziano, naturalną właściwością państwa jest dążenie do rozszerzania kontroli (nie mam tu na myśli paranoicznych wizji z Kaczyńskimi w roli głównej).
Wydaje się, że najrozsądniej byłoby uczynić z internetu niemiecką autostradę - taki wyjątek na prawnej mapie świata, gdzie kwitnąć może poczucie bezpieczeństwa. Bezpieczeństwa od błędu systemu. Tak, bo internet to nie tylko dziecko w sieci i Czy wiesz kto jest po drugiej stronie?. Dziecko jest w niebezpieczeństwie dopiero gdy opuści sieć i uda się na całkowicie realne spotkanie z panem z drugiej strony monitora.
Narysuj mi świnię, a powiem ci kim jesteś
Rysunek odsłaniający prawdziwe oblicze, szalony psychotest, którego uczestnicy muszą narysować online... świnię.
Polecamy koszmar
Przy okazji wielkich medialnych wydarzeń słyszy się często jak media same się chwalą za wspaniałe wypełnianie dziennikarskiej posługi (i jakby usprawiedliwiają za gadulstwo).
Ostatnio mogły się wykazać podczas relacjonowania "Tragedii w Katowicach", następnie podczas relacjonowania ruin, relacjonowania jak wyglądają ruiny po dwóch dniach, relacjonowania jak wyglądają po dniach trzech i w dniach następnych. Udało się także nakręcić kilka filmów dokumentalnych, "Rozmowy w toku" z tymi którzy przeżyli, wywiady, i tak dalej i tak dalej.
Prokudin-Gorski - kolorowe zdjęcia Rosji sprzed wieku
W 1907 roku bracia Auguste Marie i Louis Jean Lumière zaprezentowali metodę na uzyskanie fotografii barwnych - autochrom. Niewielu ludzi wie jednak, że mniej więcej w tamtym okresie inny chemik, Sergiej Michajłowicz Prokudin-Gorski opracował własną metodę uzyskiwania kolorowych fotografii. Aparat, także jego pomysłu, w krótkich odstępach czasu robił serię 3 czarnobiałych zdjęć, każde z z użyciem innego filtra: niebieskiego, zielonego i czerwonego. Projektor, również wyposażony w odpowiednie filtry, wyświetlał zrekonstruowany, kolorowy obraz.
You are beautiful. I co dalej?
Rozmowa za pomocą kubków? Nie, nie chodzi o żadne wycinanie w kubkach dziurek i łączenie ich sznurkiem. Grupa You Are Beautiful stworzyła bardzo ciekawą "interaktywną" instalację, układając na ogrodzeniu - gdzieś w industrialnym krajobrazie - napis z plastikowych, jednorazowych kubków. Po trzech dniach przyszła pierwsza odpowiedź. A po niej kolejne. Rozmowa trwała niecałe pięć miesięcy (w każdym razie przez ten czas utrwalano ją na zdjęciach).
Reuters - Zdjęcia roku 2005
Był Rok 2005 w oczach Google, a teraz przyszła pora na Rok 2005 w obiektywie Reutera. Zdecydowana większość zdjęć przedstawia tragedię - czasem ukrytą, czasem na pierwszym planie. Interesujące, że dziennikarze za wydarzenia ważne uznają przede wszystkim te tragiczne i negatywne. Czyżbyśmy rzeczywiście żyli w czasach niezwykłego rozkwitu przemocy? Czy przeszłość na pewno zawsze była taka różowa?
Historia kartek świątecznych
Z artykułu na Scotsman (Szkot) dowiedzieć się możemy, że pierwsza drukowana, “komercyjna” kartka świąteczna powstała w 1843 roku dzięki sir Henry'emu Cole (kosztowała szylinga, czyli – jak pisze Scotsman – dość sporo).
“Wynalazcą” kartki świątecznej jako takiej był jednak Szkot, Thomas Sturrock, który swoje pierwsze dzieło stworzył w 1841 roku. W artykule znaleźć można zdjęcie kartki z 1854 roku, przedstawiającej – dość szkaradnego lub dość szkaradnie – młodego chłopca. Scotsman zauważa, że żadna z tych dziewiętnastowiecznych kartek nie przedstawiała charakterystycznych, jak się nam dziś wydaje, symboli Świąt.
Rok 2005 w oczach Google
Google opublikował niedawno zestawienie najpopularniejszych wyszukań 2005 roku, wraz z omówieniami
Zapoznać się można na przykład z wykresem pokazującym jak wzrosła ilość wyszukań dotyczących Jana Pawła II w chwili ogłoszenia jego śmierci. Dowiemy się także, że Janet Jackson ma większą siłę przebicia niż huragan Katrina i tsunami, że bardzo wzrosła popularność Leonarda da Vinci – to pewnie za sprawą “jego” kodu, że ludzie bardziej sobie cenią BBC niż CNN oraz że ptasia grypa wciąż straszy.
Nie chcą pieniędzy?
Przemysł fonograficzny nawołuje do zaprzestania nielegalnego pobierania muzyki z sieci. Grozi procesami sądowymi i innymi nieprzyjemnościami. Co jednak oferuje wzamian? Grozić i nawoływać jest łatwo, warto by było jednak pokazać jakieś inne, alternatywne dla piractwa, drogi.
W żartobliwym tekście The RIAA Prank John Hargrave naigrywa się z metod Recording Industry Association of America, organizacji znanej między innymi z takich akcji jak oskarżenie pewnej kobiety nieposiadającej komputera o rozpowszechnianie nielegalnych kopii utworów za pośrednictwem sieci peer to peer.
Nie będzie już BBC po polsku
BBC “w celu zrównoważenia kosztów” planuje zamknięcie Sekcji Polskiej, a także kilku innych. Serwis Światowy “w zamian” zamierza rozpocząć nadawanie audycji telewizyjnych w języku arabskim. BBC prowadzi także polskojęzyczny portal BBCPolska, który – w świetle tych informacji – prawdopodobnie także zostanie zlikwidowany. Szkoda, że BBC nie wzięło pod uwagę, że Serwis Światowy buduje pozytywny wizerunek nie tylko samego BBC, ale i kraju, oraz że polskiemu słuchaczowi i czytelnikowi może brakować takiego niezależnego głosu.
Powyborcze
Cytat: Wyjeżdżamy, ostatni gasi światło
Komentarz: Nie wiem gdzie oni zamierzają to światło gasić, bo chyba nie sądzą, że ok. 54% Polaków będzie siedzieć po ciemku.
Złote nuty
Pół miliona dolarów na wzmacniacz, kable i głośniki? Czemu nie? Tylko po co?
Ostatni “Ozon” poświęcił dwie strony na opisanie naszych rodzimych firm audiofilskich i audiofilskiego rynku. Audiofil brzmi dumnie. Popularne ostatnio słowo, niegdyś w ogóle nie znane. Przyszła jednak moda. Tygodnik pisze o “znawcach dźwięku”. Tymczasem wydaje się, że o wiele poważniejszym komplementem jest nazwanie kogoś “znawcą muzyki”, a nie “znawcą dźwięku”.
Gdyby mnie kto zapytał, czy w prezencie od muzycznej rybki chciałbym dostać tytuł melomana czy też może tytuł audiofila, bez wachania wybrałbym ten pierwszy. Audiofilstwo, wyłapywanie większego zakresu dźwięków niż przeciętny słuchacz – to zupełnie mnie nie interesuje. Jest w muzyce i tak wiele warstw i przestrzeni. Wystarczająco wiele.