kultura
***
Często można się spotkać z takim zdaniem: “Nie nadałem nazwy swojemu dziełu i bronię się przed nadawaniem mu jej, ponieważ to…”. I tu następuje jeden z poniższych powodów:
- ograniczyłoby jego wymowę
- zaburzyło jego postrzeganie
- zbanalizowałoby treść
- coś ucięło, wycięło, odcięło
Niech mi czytelnicy wybaczą truizm, ale nazwa z samej swej natury jest mniej pojemna od treści dzieła. Jeśli tak, to nie może go ograniczyć.
Jedynym zagrożeniem może być ignorancja odbiorcy, który zadowoli się samą nazwą i nie zapozna się z resztą, ale czy o takiego warto zabiegać?
Międzynarodowe Triennale Grafiki
Bunkier Sztuki, Kraków. Zapłaciwszy jedynie 3 złote za studencki bilet wstępu, wkroczyłem do głównej sali. Pierwsze wrażenie negatywne. Jedna z prac – podzielona na różnokolorowe prostokąty przestrzeń, o pompatycznym tytule. Klasyka, oczywiście wyróżnienie, prawdopodobnie za subtelność przekazu – przekazu już prawie (albo w ogóle) w niej nie było. Inne równie mało komunikatywne. Ale już w kolejnych salach znalazłem coś dla siebie.
Moją uwagę zwróciły miedzy innymi prace takich artystów, jak: Sergi Castignani, Jurjen Ravenhorst, Kazou Inoue (niedocieniony “Epizod z celującym do celu” – łucznik celujący do wachlarza, a wachlarz wraz z trzymającą go kobietą na samym skraju grafiki), Antonio Segui, Susana Gandolfo, Peter Milton (i jego nastrojowe “Ukryte miasta”) oraz Ksawery Kaliski.
Zabawa towarzyska: na Masłowską
Siedzicie z przyjaciółmi w przerażająco zimny zimowy dzień (to jak “ciepły letni”) i nie wiecie co ze sobą zrobić? W takich wypadkach sięgnąć można po którąś z popularnych zabaw towarzyskich. Proponuję jednak nową: na Masłowską.
Na czym ona polega? Należy wymyślić taki zlepek słów, który pasowałby do którejś z książek autorki. Jak wiadomo, lubi ona nieco powyginane wyrażenia: “Wojna polsko-ruska pod flagą biało czerwoną”. Jakby nie można było napisać “Wojna polsko-rosyjska”…
Rzecz gustu
“Rzecz gustu” podbiło ludzkie umysły. Nie ma nic pewnego, a tym bardziej nic ciekawego nie da się powiedzieć w sztuce. Nic prócz własnych, oczywiście całkowicie subiektywnych, wrażeń. Wszystko jest “rzeczą gustu”, a że jak wiemy “o gustach się nie dyskutuje”, więc dyskusje są nie na miejscu (przy okazji, łacińskie “de gustibus non disputandum est” robi w sieci zawrotną karierą – wystarczy spojrzeć na Google, by się o tym przekonać).
Film przedstawiał jedynie wyuzdanie krwiożerczych pomysłów reżysera i polegał tylko na wyciągnięciu ze snów i myśli największego ludzkiego obrzydlistwa, ale podsumowaniem dyskusji nad nim pozostaje “rzecz gustu”.
Złote nuty
Pół miliona dolarów na wzmacniacz, kable i głośniki? Czemu nie? Tylko po co?
Ostatni “Ozon” poświęcił dwie strony na opisanie naszych rodzimych firm audiofilskich i audiofilskiego rynku. Audiofil brzmi dumnie. Popularne ostatnio słowo, niegdyś w ogóle nie znane. Przyszła jednak moda. Tygodnik pisze o “znawcach dźwięku”. Tymczasem wydaje się, że o wiele poważniejszym komplementem jest nazwanie kogoś “znawcą muzyki”, a nie “znawcą dźwięku”.
Gdyby mnie kto zapytał, czy w prezencie od muzycznej rybki chciałbym dostać tytuł melomana czy też może tytuł audiofila, bez wachania wybrałbym ten pierwszy. Audiofilstwo, wyłapywanie większego zakresu dźwięków niż przeciętny słuchacz – to zupełnie mnie nie interesuje. Jest w muzyce i tak wiele warstw i przestrzeni. Wystarczająco wiele.